ormiański rok

20 września 2019

avatar

Autor: Łukasz Wrona

Rok 2018 był moim prywatnym Rokiem Ormiańskim. Udało mi się bowiem połączyć pracę z misją, która przyświeca Projektowi Rekreator, a jednocześnie wiele się nauczyć i poznać z bliska przedmiot mojego zainteresowania. W zeszłym roku kończyłem pracę nad grą karcianą poświęconą Ormianom, poznałem bliżej polskich Ormian, przeczytałem kilka prac i powieści o Armenii, a w końcu dotarłem do tego leżącego u stóp Araratu kraju. 

Bardzo podoba mi się określenie “pod wspólnym niebem”, którym opisuje się wspólną i pokojową egzystencję kilku narodów w granicach I Rzeczpospolitej. Ta wieloetniczność, przysłowiowa mozaika kultur, języków i religii, jest jednym z najczęściej przywoływanych fenomenów naszej historii. Obok Litwinów, Rusinów, Żydów, Niemców, Tatarów, Karaimów i Wołochów niebo dzieliliśmy także z Ormianami. Wiele osób wymienia ich jednym tchem z pozostałymi i czuje dumę z wielkiej tolerancji naszych przodków. Kto jednak wie, kiedy Ormianie osiedlili się na tych ziemiach, skąd przybyli, czym się zajmowali i co ostatecznie zawdzięczamy tym przybyszom z Kaukazu? 

Ormianie to naród bardzo stary, który od tysiącleci zamieszkiwał region Zakaukazia i Wyżyny Armeńskiej. Tworzył imperia, miasta i dzieła sztuki na długo przed powstaniem potęgi Rzymu czy Aten. Walczył i podbijał. Mierzył się z potęgami Bliskiego Wschodu i niejednokrotnie był świadkiem ich świtu i zmierzchu – a sam ciągle trwał. Sam doświadczał także licznych najazdów i kataklizmów. W długiej historii Ormian niczego im nie oszczędzono, łącznie z najczarniejszym wydarzeniem z 1915 roku, czyli rzezią, jaką dokonali na nich Turcy i Kurdowie. Ormianie to mieszkańcy maleńkiej dziś i ukrytej wśród gór Armenii. Ormianie to także liczna diaspora (ok. 10 mln przy 3-milionowej ludności Armenii). Rozproszenie Ormian po świecie to wręcz ich znak rozpoznawczy.  

ORMIANIE NA DYWANIE

W 2017 roku poznałem osobiście Panią Martę Bohosiewicz, prezes Fundacji Armenian Foundation, która opowiedziała mi o pomyśle stworzenia gry o Ormianach w Rzeczpospolitej. Przybysze ci pojawili się już w XIV wieku we Lwowie, a w 2017 r. obchodzono 650-lecie ich obecności w Rzeczpospolitej. Byli poliglotami, urodzonymi podróżnikami i kupcami. Znali ludzkie charaktery. Dlatego też świetnie sobie radzili w rzemiośle i handlu. Mówiąc o Lwowie jako bramie do Orientu, należy przede wszystkim pamiętać o Ormianach, którzy nawiązywali i podtrzymywali liczne kontakty z agentami handlowymi wokół Morza Czarnego, w tym przede wszystkim Turkami i Persami. Trudno się dziwić, że to właśnie Ormianie z czasem stali się fundamentem polskiej dyplomacji prowadzonej z krajami Bliskiego Wschodu. Postacie takie jak Sefer Muratowicz, Krzysztof Serebkowicz czy Jan Romaszkiewicz (charakterystyczne “icz” na końcu nazwiska) były wyprawiane w liczne poselstwa do tureckiego sułtana, tatarskiego chana, mołdawskiego hospodara czy perskiego szacha. Negocjowali tam traktaty pokojowe, troszczyli się o sojusze, kupowali dla królewskiego dworu dywany czy starali się o wykup jeńców. 

Ormianie na Dywanie autorzy: Łukasz Wrona, Sebastian Wacięga i Jacek Curyło ilustracje i grafika: Monika Sochacka i Paweł Kurowski; Fundacja Armenian Foundation

Właśnie historie te, a zwłaszcza intrygi na dworach orientalnych władców, uczyniłem motywem przewodnim gry karcianej Ormianie na Dywanie. Jej mechanikę opracowałem dla wspomnianej fundacji razem z Sebastianem Wacięgą i Jackiem Curyło. Tytuł nawiązuje zarówno do pięknych dywanów, jakie produkowali i sprzedawali Ormianie, ale przede wszystkim do diwanu, czyli rady na dworze sułtana. 


W grze wcielamy się w jednego z sześciu ormiańskich posłów, którzy w imieniu polskiego króla, hetmana, magnata lub jako przedstawiciele jednego z kresowych miast, zabiegają o wpływy na obcym dworze. Starają się w tym celu zdobyć zaufanie i przyjaźń licznych dworzan, którzy zaludniają pałace w Stambule czy Isfahanie. Wygrywa ten, który dzięki zawiązanym znajomościom (pomagają w tym karty słabostek) dotrze przed oblicze kolejnych władców i odda im listy od swoich mocodawców.

Testowanie gry Ormianie na Dywanie w jednej z krakowskich szkół

To moja ulubiona część gry. Uważam, że rozstawieni na stole dworzanie (każdy w formie osobnej karty) wyglądają nie tylko dobrze, ale i intrygują swoimi egzotycznymi nazwami i strojami. Tutaj dochodzimy do kolejnej – po fabule i mechanice – bardzo ważnej składowej każdej naszej gry. Jest nią oprawa graficzna, która tym razem nawiązuje do ilustracji z epoki. Czytałeś Nazywam się czerwień Orhana Pamuka? Jeśli tak, to na pewno jesteś ekspertem od perskich i poniekąd tureckich miniatur, jakie powstawały na tamtejszych dworach w czasach Timurydów, Safawidów i Osmanów. Trudno bowiem wyobrazić sobie lekturę tej powieści bez przetrząsania Internetu w poszukiwaniu przykładów orientalnej sztuki. 

Postanowiliśmy więc styl i klimat tamtego malarstwa przenieść na karty gry. Nasi derwisze, janczarzy, logofeci, sipahowie, bejowie i ajatollahowie zapełniają stół, niczym arkusz pergaminu w perskiej scenie polowania czy walki.  Wszystkie te postacie dworzan, posłów, władców oraz arkana prowadzenia ówczesnej dyplomacji opisaliśmy w broszurze, która obok instrukcji znalazła się w pudełku. 

Gra nie została jeszcze wydana w większym nakładzie. Jestem jednak przekonany, że to niebawem nastąpi. Póki co przedstawiciele Fundacji wykorzystują ją (egzemplarze prototypowe) podczas licznych swoich warsztatów i dni z kulturą ormiańską.  Sama rozgrywka trwa około 60 minut. 

Razem z Urszulą mieliśmy okazję wziąć udział w takim spotkaniu, które miało miejsce w Kutach. Kuty to dziś Ukraina, a jeszcze 80 lat temu stanowiły granicę pomiędzy II Rzeczpospolitą a Rumunią. To właśnie tutaj przez most na rzece Czeremosz we wrześniu 1939 roku kraj opuścili polscy politycy oraz wycofujące się wojsko. Kuty jednak wcześniej stały się nieoficjalną stolicą polskich Ormian – żyło ich tutaj mnóstwo. Do dziś zachowało się sporo zabytków, pamiętających czasy świetności ormiańskich rodzin. Zabytki są niestety obecnie w fatalnym stanie. Byłyby w jeszcze gorszym, gdyby nie tytaniczna praca członków Fundacji i wolontariuszy, którzy co roku spotykają się tu na dwa tygodnie by m.in. dbać o ormiański cmentarz. 

W sierpniu 2018 r. w tak pięknych okolicznościach przyrody i ducha przeszłości rozegraliśmy kilka partii Ormian na Dywanie. Towarzyszyła nam niewielka wystawa poświęcona ormiańskim posłom i ich wyprawom. Przygotowałem ją z naszym zespołem na zakończenie prac nad grą.

Fragment zachowanej zabudowy w Kutach, sierpień 2018

Musa Dah, Tartaria i Górecki

Równolegle z pracami nad grą poszerzałem swoją wiedzę o Kaukazie – jego północnych i południowych stokach. Interesowało mnie wszystko, co napisano o tym niespokojnym regionie. Dziś mogę więc śmiało polecić kilka pozycji dla tych, którzy chcieliby rozpocząć swoją przygodę z historią Armenii i po przybyciu na miejsce nie być zagubionym w zwyczajach, kulturze czy sztuce miejscowych. 

Zaczynając ab ovo, przedstawić należy niemłodą już, ale za to łatwo dostępną pracę: Armenia: Kolebka Cywilizacji autorstwa Davida Marschalla Langa. Znajomość chronologii władców z dynastii Artaksydów czy podboje Tigranesa Wielkiego mogą Ci się przydać, gdy trafisz na olbrzymią wystawę archeologiczną w Muzeum Historii Armenii w Erewaniu. Chociaż najprawdopodobniej – tak jak mi – wszystko Ci się pomiesza… Dlatego też nie zgrzeszysz, jeśli zaczniesz od czegoś lżejszego. 

Miłośnikom podróży i reportażu Wydawnictwa Czarnego przedstawiać nie trzeba. Redakcja Andrzeja Stasiuka wydała w ostatnim czasie co najmniej 4 książki, w których wątki ormiańskie stanowią ważny temat. Mi najbardziej podobał się Toast za przodków Wojciecha Góreckiego (stanowiący razem z Planetą Kaukaz i Abchazją trylogię kaukaską), w której Armenia opisywana jest w porównaniu do Gruzji i Azerbejdżanu. W jego najnowszej książce Buran, Armenia również ma swoje miejsce.

polecane książki

W całości poświęcona jej jest także Armenia. Karawany śmierci Andrzeja Brzezieckiego i Małgorzaty Nocuń. Do Erywania trafił także klasyk światowego reportażu – Robert Kaplan – i pozostawił tego ślad w książce Na wschód od Tartarii. Wszystkie te książki są świetnie napisane, a problemy współczesnej Armenii przedstawiane są w silnym związku z przeszłością. 

W każdej z tych książek trafisz na wątek ludobójstwa, który do dziś uniemożliwia normalizację stosunków pomiędzy Republiką Armenii a Republiką Turcji. Jak wyglądał jednak przebieg tych wydarzeń, w jaki sposób państwo prowadzące w 1915 roku wojnę na co najmniej 4 frontach (Gallipoli, Egipt, Mezopotamia i Kaukaz) było w stanie zamordować około miliona swoich obywateli? Jak zachowywali się sami Ormianie i czy nie próbowali stawiać oporu? Otóż próbowali i właśnie jednemu z takich epizodów poświęcona jest olbrzymia powieść Franza Werfela Czterdzieści dni Musa Dah. Książkę tę w 2013 roku wznowiło Wydawnictwo Zysk. Musa Dah to taka ormiańska Masada, tylko że z happy endem – jednym z nielicznych w czasach tamtej apokalipsy. Przez 40 dni grupa ormiańskich mieszkańców kilku wiosek nieopodal Antiochii stawiała opór tureckiemu wojsku na szczytach góry Musa Dah. Chociaż literacko powieść ta nie rzuca na kolana, to przez wzgląd na rozmach przedstawianych wydarzeń warto do niej sięgnąć.

Musa Dah

Mam do przeczytania jeszcze Księgę Szeptów Varujana Vosganiana, która niedawno została przetłumaczona na język polski. A Ty? Może polecisz jakąś nieodkrytą przeze mnie książkę o Armenii, Ormianach lub szerzej Kaukazie?

Pod Araratem

Tak, Ararat – czyli najwyższy szczyt Wyżyny Armeńskiej wysoki na 5137 metrów – jest dla Ormian i ich historii niezwykle ważny. Chociaż kiedy czytamy jedną po drugiej książkę czy relację o Armenii, to możemy mieć wrażenie, że autor idzie na skróty i serwuje nam wyświechtane klisze z górą w każdym rozdziale. Ale jak nie wspomnieć o górze, na której zatrzymać się miała Arka Noego, a która – choć święta dla Ormian i widoczna z wielu miejsc Erywania – znajduje się już po tureckiej stronie granicy? Okrutny kaprys polityki.

Tak więc mogę powiedzieć, że pod koniec maja 2018 r. byliśmy pod Araratem. Nasza obecność w Kraju Kwitnącej Moreli trwała jednak tylko kilka dni i była częścią ponad miesięcznej wyprawy po państwach leżących wokół Morza Czarnego. Na dobre rozpoczęła się w bułgarskiej Sofii (gdzie dotarliśmy z Krakowa Flixbusem z przesiadką w Budapeszcie w jakieś 30 godzin) i prowadziła nas przez Turcję i Gruzję do Armenii. Właśnie w ten sposób, gdyż mimo długiej granicy (268 km) z Turcji nie da się bezpośrednio wjechać do Armenii. Swoją drogą w  niewiele miejsc da się też z Armenii jechać – granica z Azerbejdżanem jest także zamknięta. Pozostaje więc powrót do Gruzji lub jedno przejście z Iranem. 

“Armenię” spotkaliśmy rzecz jasna już na terenie Turcji. Najpierw zainteresowała nas wystawa o niespokojnym wschodnim pograniczu w stambulskim Muzeum Militarnym (Askerî Müze). Oczywiście wystawa nie była poświęcona tureckiej eksterminacji narodu ormiańskiego, ale cierpieniom muzułmanów z rąk ormiańskich gangów (sic!). Pozostawiam to bez komentarza. 

Następnie z okien pociągu relacji Ankara-Kars, jadącego ok. 28 godzin przez Anatolię w kierunku Wyżyny Armeńskiej, przypatrywaliśmy się ziemiom, które tylekroć w historii przechodziły z rąk do rąk. Ziemie, o których prawdziwej przeszłości w Turcji dziś mówi się bardzo niewiele. To wszak tereny, na których Ormianie mieszkali jeszcze nieco ponad 100 lat temu. Na ich miejsce (eufemizm) przesiedlono masowo Turków i Kurdów. Jednak w wielu miejscach zachowały się ormiańskie klasztory, kościoły, a nawet całe miasta. Chociaż od jakiegoś czasu trwają prace ratownicze, a turystom udostępnia się obiekty, turecka polityka historyczna jest wyjątkowo bezczelna. Nie miejsce opisywać tutaj turecki szowinizm czy zagmatwane dzieje turecko-ormiańskich waśni, lecz pokażę, jak prezentowana jest historia tych ziem w Karsie i Ani. Swoją drogą, miłośnicy prozy Pamuka – jesteście tu jeszcze? Akcja Śniegu toczy się właśnie w Karsie.

Wyżyna Armeńska z okien pociągu Ankara-Kars

Kars uważany jest za najbardziej konserwatywne, tajemnicze, może nawet mroczne miasto Turcji. Po przybyciu ze Stambułu czy Ankary może naprawdę zaskoczyć swoim chłodem i ciszą. Po brzydkich ulicach snują się ubrani na czarno mężczyźni. Wystawy sklepowe szokują – nierzadko wisi w nich imponujące krowie truchło. Miasto do tego stopnia ma “złą” sławę w Turcji, że podczas jego zwiedzania przyłączyły się do nas dwie młode Turczynki, którym nie w smak było przemieszczać się po ulicach samotnie. 

Kars leży w centrum średniowiecznego państwa ormiańskich Bagratydów, co potwierdzają górujące nad miastem ruiny cytadeli. Jednak czy dowiesz się tego z miejscowego muzeum? Leży ono na uboczu, zawiera sporo interesujących zabytków (zwłaszcza kolekcję rzeźb-nagrobków z okresu istnienia państwa Białych i Czarnych Baranów) i kilka tablic w języku angielskim. Jest też dział ze średniowiecznymi artefaktami, np. monetami. Jak podpisanymi? “MEDIEVAL ERA CHRISTIAN COINS”. 

Eto wsio.  

Brak słowa o Ormianach.

Eksponaty prezentowane w Muzeum w Karsie

Kilkadziesiąt kilometrów od Karsu leży natomiast miasto niegdyś 100-tysięczne. Tyle liczyło ono w XI wieku, gdy było stolicą królestwa wspomnianych Bagratydów. Miasto to nazywa się Ani i jest świadectwem ormiańskiej potęgi w tym regionie. Dziś jest ruiną, z której wyłania się kilka kaplic, świątyń i resztka fortecy, do której już nie dotrzesz, gdyż leży w strefie przygranicznej. Tak, masz dobre przeczucia –  stworzone przez Turków opisy na tablicach informacyjnych nie zawierają określenia tożsamości średniowiecznych władców i mieszkańców tego miasta. Za to widok ruin na tle wyżynnych pustkowi, które w 1064 r. padło łupem legendarnego sułtana seldżuckiego Alp Arslana, zalicza się do naszego TOP 5 wyjazdu.

Ruiny średniowiecznego miasta Ani, maj 2018
Ruiny średniowiecznego miasta Ani, maj 2018
Ruiny średniowiecznego miasta Ani, maj 2018

W samej Armenii zwiedziliśmy jedynie stołeczny Erewań wraz z okolicznymi miejscowościami – Eczmiadzynem i Garni. Za to wszystko bardzo dokładnie. Stolica a prowincja to w tym wypadku zupełnie dwa światy. My do Erywania dotarliśmy po całodziennej podróży autostopem i marszrutką z gruzińskiej Wardzi – słynnego skalnego miasta. Granicę przekroczyliśmy w niezwykle starej ładzie, w której brak było wszystkiego. Ruchu na “drodze” nie było więc można było się wsłuchać w niezwykłą pracę silnika i monolog kierowcy. Niezwykle życzliwy i sędziwy Ormianin od samego początku zabawiał nas (po rosyjsku rzecz jasna) opowieściami o najlepszym (Ormianie) i najgorszym (Turcy) narodzie świata. Samochód mknął natomiast przez absolutne pustkowia. W końcu – po zmianie środka transportu na taksówkę  – dotarliśmy do Giumri, drugiego pod względem ludności miasta w Armenii. Miasto (w przeciwieństwie do Karsu) gwarne i żywe, było jednak w fatalnym stanie. Nie byliśmy w stanie znaleźć w nim miejsca z kawą, a na Wi-Fi trafiliśmy w archaicznie wyglądającej kafejce internetowej, jakie pamiętam z Polski z przełomu lat 90 i 00. Właśnie dlatego Erywań tak bardzo nas zaskoczył. To jakby Sewillę ze jej tętniącym, wielkomiejskim życiem przenieść gdzieś pod Hrubieszów

Cieszę się, że mieliśmy okazję podpatrywać przygotowania do obchodów 100-lecia proklamowania niepodległości (rok 1918 był na Kaukazie bardzo skomplikowany), a zarazem zwycięstwa pod Sardarabadem, które nazywa się tutaj “bitwą o przetrwanie”. O bitwie napiszę kiedyś więcej, bo moim zdaniem to znakomity temat na klasyczną grę wojenną. Natomiast o starciu tym wielokrotnie śpiewał znany na całym świecie zespół System of a Dawn. Przekonaj się sam. 

A propos muzyki. W minionym roku zmarła inna, ormiańska gwiazda – Szahnur Waghinak Aznawurian. Każdy znał go jednak pod francuskim imieniem – Charles Aznavour. 

Niestety nagła zmiana pogody zniechęciła nas do wyprawy na południe, w region pełen ukrytych monastyrów, wciśnięty pomiędzy nieuznawane przez nikogo na świecie (nawet przez Armenię) państwo Górskiego Karabachu a azerską enklawę Nachiczewanu. Powróciliśmy więc do Gruzji i spędziliśmy w niej następne dwa tygodnia. 

Mam nadzieję, że to nie koniec mojej przygody z Armenią i Ormianami. Nowe pomysły dojrzewają długo więc na pewno przyjdzie jeszcze czas by o nich napisać. Życzę sobie by również w tym roku nasza praca splotła się z moją podróżą. Jeśli miałoby mi się poszczęścić, to trzeba odświeżyć sobie starożytną greką, którą miałem na studiach…

Zainteresowanym tematem Armenii oraz całego kaukaskiego regionu polecam blog Lawasz, kindżał i dywany prowadzony przez Andrzeja Brzezieckiego, redaktora naczelnego portalu Nowa Europa Wschodnia: tyka.pl/

2 odpowiedzi do “Ormiański rok”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontakt

Projekt Rekreator
Łukasz Wrona

 

+48 660 730 930
kontakt@projektrekreator.pl

 

NIP: 6762378409

REGON: 380771898